sobota, 23 marca 2013

VI. Krwisty odcień spokoju.

„I found a man I can trust
And boy, I believe in us
I am terrified to love for the first time
Can you see that I’m bound in chains ”
Christina Aguilera- Bound to you.



- Christine?
Dziewczyna odwróciła się od okna, zapamiętując widok krwiście czerwonego słońca nad wzburzonym morzem. W drzwiach stał jej ojciec. Nawet nie usłyszała kiedy się pojawił. W pierwszym momencie pomyślała, że może przyszedł ją przeprosić, zainteresował się tym, co dziewczyna czuje. Jakież było jej zdziwienie, widząc wściekłość malującą się na jego zazwyczaj spokojnej twarzy. Ujrzała w nich wszystko to, co czuła głęboko w sercu. Złość powoli brała władzę nad jej umysłem. Próbowała się opanować. Jeszcze nic nie jest stracone, Christine, dasz radę. Porozmawiaj z nim, pozwól uwolnić słowa, które dławiły gardło. Wciąż było tak samo. Zaciskanie pod stołem pięści, opamiętywanie się. A co, gdyby w końcu wyszły na światło dzienne? Przeklnij, na boga! Zmarszcz brwi, uderz pięścią. Nie uspokajaj swojej duszy, jej już nic nie potrzeba. To, czego tak bardzo pragniesz znów jest nad przepaścią. Znów musisz walczyć. Więc walcz! Otwórz serce, otwórz umysł. Oddaj się grzechowi. Do tego właśnie zostałaś stworzona.
Starszy mężczyzna zamknął za sobą drzwi i stanął na środku pokoju. Czuł, że coś wisi w powietrzu. Zacisnął dłonie, w myślach dobierał słowa.
- Spakuj się, jutro wyjeżdżasz.
A więc jednak. Stało się to, co od początku wiedziała. Zamknęła oczy i oddychała przez nos. Czuła jak wokół niej unoszą się drobinki gniewu, skrzące się w zachodzącym słońcu. Okalały jej ciało, wnikając do środka. Są już tak blisko, mogła ich dotknąć. Otworzyła szeroko oczy, wpatrując się w ojca. Błękit jej oczu ściemniał, nabierając granatowej barwy. Głosy w głowie ucichły niespodziewanie. Panowała pustka. Kompletna, wszędobylska pustka. Nie poruszała się, żaden mięsień nie miał odwagi. W końcu wyprostowała szyję, stojąc prosto. Nie. Nie mogła się z tym zgodzić. Nie o to walczyła od tylu lat. Ojciec się mylił, widział tylko to, co sam chciał dostrzec. Serce biło jej mocno wypełnione miłością do Johanna. To była jej przyszłość.
- Nie.- powiedziała krótko do ojca.
Mężczyzna zmarszczył krzaczaste brwi. Nie podobało mu się, jak jego córka się odzywała. Powinna go szanować, tego ją w końcu uczył. Miłości, ogłady, szacunku dla osób starszych. To, czego się teraz dowiadywał smuciło go. Tyle lat poświęcił na wpajanie każdej dobrej cechy w tą śliczną, blondwłosą dziewczynę. Gdzie się to wszystko podziało? Czyżby zniknęło, niczym za machnięciem czarodziejskiej różdżki?A może to on był złym nauczycielem? Owszem, dużo czasu poświęcał na swój biznes, podróżując po krajach i handlując. Taki był jednak jego zawód, z tego żyli. Gdyby nie to, mieszkaliby pewnie pod mostem i błagali przechodniów o kawałek chleba. Dzięki temu Christine miała wszystko, czego tylko zapragnie.
- Powóz będzie czekał po wschodzie słońca.- dopowiedział mężczyzna, ignorując sprzeciw córki.
Odwrócił się na pięcie chcąc wyjść z pokoju. Czuł, jak włosy jeżą mu się na skórze, a w pomieszczeniu robi się zbyt gorąco nawet, jak na tutejszy klimat.
- NIE!- wrzasnęła blondynka.
Palce zaciskała mocno na dłoni, czując, jak paznokcie wbijają jej się w skórę. Nie mogła się już opanować. Gniew był zbyt blisko, pukał do jej bram, pragnąc wejść do środka. Nie sprzeciwiała się, nie miała na to siły. Przymknęła oczy, chłonąc to wciąż dziwne dla niej uczucie. Spinało się coraz wyżej, sięgając aż do mózgu. Palce wciąż kurczowo zaciśnięte, zaczęły jej się trząść, serce biło coraz mocniej, czekając na uniesienie. Zęby zacisnęła na wewnętrznej stronie policzka, gryząc ją. Czuła ciężkie, gorące powietrze, które ubierało ją w gniew.
- To moje życie!- krzyczała.- A ty nie masz prawa się w nie mieszać!
Mężczyzna zatrzymał się w pół kroku. Otwartą dłonią przetarł czoło i oczy. Czuł się zmęczony. Niewyobrażalnie wręcz. To było zbyt dużo, jak na jego stare serce. Musiał odpocząć, albo przynajmniej odejść stąd i zniknąć na jakiś czas. Przemyśleć, opanować się. Żałował, że matka dziewczyny nie żyła. Z nią byłoby dużo prościej. To ona powinna ją wychowywać, wpajać te wszystkie wartości, które powinna mieć młoda kobieta. Nie on. Nie nadawał się do tego.
Christine podeszła do ojca. Z jej oczu buchał żar wściekłości. Była świadoma, że ojciec jeszcze nigdy nie widział jej w takim stanie. Nic dziwnego, w końcu ukrywała to od tak dawna, że czasami sama się zapominała. Przez zaciśnięte zęby cedziła słowa.
- Jeżeli będzie trzeba, wyprowadzę się do niego.- odpowiedziała- Nie zamierzam słuchać twoich sprzeciwów. Kocham go i wyjdę za niego czy ci się to podoba, czy nie!
Mężczyzna miał ochotę krzyknąć. Gniew rozlewał się po krwi, zastępując chłodny osąd czymś w rodzaju nagłego impulsu. Pragnął wziąć ją za ramiona i mocno potrząsnąć, aby w końcu się opanowała. Przestała pleść bzdury, którymi karmiła jego zbolałe serce. Wyszarpnąć każde wspomnienie o Johannie, którym się żywiła. Mimo to stał, nie podniósłszy nawet ręki. Nie mógł jej uderzyć, nie potrafił. Zbyt mocno ją kochał, aby zranić. Ona jednak wciąż to robiła. Przekłuwała mu serce, powoli wtłaczając do środka truciznę.
- Dopóki ten ślub się jeszcze nie odbył, będziesz mieszkać pod moim dachem.- odparł beznamiętnym tonem.- A teraz wybacz, ale muszę coś sprawdzić.
Uciec. Daleko stąd. Od tego nieznanego mu uczucia, które wchłaniało całą dobroć, którą posiadał. To była jak ręka diabła, który ukazywał przed mężczyzną swoją prawdziwą naturę. Co też się stało z jego córką? Czy mógł to być wpływa Johanna? Owszem, mężczyzna był od niej sporo starszy, mimo to nigdy nie był buntownikiem. Wśród innych handlarzy miał opinię zatwardziałego i stanowczego, który nawet dziewczynce z zapałkami potrafi sprzedać siarkę. Alexander nienawidził go. Tyle razy popsuł jego umowy, w ostatnim momencie podając konkurencyjne towary i ceny. Stracił przez niego wiele pieniędzy.

    Christine nie mogła w to uwierzyć. Sprzeciwiła mu się. Pierwszy raz powiedziała nie. Ojciec przyjął to niespodziewanie dobrze. Co lepsze, zgodził się na ślub. Prawda, nie pogratulował jej, ale to zawsze coś. Czy mogła to być zasługa gniewu? Czy grzech w końcu, po raz pierwszy w czymś jej pomógł? Możliwe. Nigdy nie myślała o nim w ten sposób. Zawsze uważała go za coś, co jedynie przeszkadza w życiu. Ludzie wybuchali przy niej gniewem, niespodziewanie rzucali się na siebie, kiedy tylko przechodziła. Czasem nie potrafiła go kontrolować. Ulatniał się z jej duszy niczym bezbarwny, bezwonny gaz. Na swój sposób zabijał. Zabijał radość  i szczęście. Co więc się takiego zmieniło, że jej ojciec nie krzyknął? Dlaczego w spokoju odszedł, zostawiając Christine z jej grzechem? A może to nie działa na osoby, które ją kochają? Przecież z Johannem było tak samo. Nigdy nie doświadczył jej złości, nie obciążała go wściekłość. Może to było lekarstwo? Pozwolić, aby ktoś ją pokochał. Otworzył serce na jej osobę, na jej duszę i charakter. Dać z siebie wszystko, całą siebie.
   
    Spojrzała przez okno. Skrzyżowała ręce na piersiach, cicho łkając. Nieopanowany szloch wydobył się z jej gardła, niszcząc spokój. Doskonale wiedziała, że sprawiła ojcu zawód. Jednak przyszedł czas na jej wybory. Nie mogła dłużej czekać. Czas ją wołał, niebezpiecznie przypominał o swoim istnieniu. Już niedługo wszystko się zmieni, czuła to. Niewidoczne drobinki gniewu coraz częściej opadały na jej nagie ramiona. Coś zaglądało w jej przyszłość, majstrując przy niej. Martwiła się, że nie doczeka własnego ślubu, przyszłych dzieci, starości. Została wybrana do czegoś innego. O wiele bardziej skomplikowanego i wzniosłego. Wszystko przez ten cholerny kryształ. Mimo swojego piętna, coraz bardziej zaczynała go rozumieć. Wystarczyło jedynie współpracować, zrozumieć go. Jakież to dziwne! Jeszcze niedawno oddałaby samą siebie, aby tylko pozbyć się kamienia, który wtopił się w jej alabastrową skórę. Dziś ją to bawiło. Poiła się jego mocą oraz siłą. Dawał jej nadzieję.
    Czemu więc płaczesz? Nie, to nie tak. Christine nie jest smutna. Ona się cieszy. W końcu to zrobiła. Postawiła na swoim. Jakież to było oczyszczające!

poniedziałek, 4 marca 2013

V. Zaginiony statek miłości.

„Jestem jak kwiat, który rośnie
W miejscu gdzie nic inne nie chce
Zapuszczam tam swój korzeń
Bo źródła tu są najlepsze
Najlepiej rosnę kiedy karmi mnie jak ból
Najlepiej chociaż nie ma światła tu
Kiedy mój lęk wypełnia mnie jak gęsta mgła
Rosnę, zapach życia mam”
Ptaky- Czarne słońce


Nie, nie otwieraj jeszcze oczu. Niech marzenia senne wciąż trwają. Chciała, aby ten błogi spokój trwał wiecznie, po wsze czasy gościł w jej sercu. Tak bardzo tego pragnęła, wiedziała, że był jej potrzebny do życia niczym powietrze. Przypomniała sobie wydarzenia z wczorajszego wieczora. Ślub. Tak, zgodziłaś się Christine. Powiedziałaś na głos to, czego chciało twoje serce. Zostaniesz żoną, być może, w przyszłości również i matką. Koszmary odejdą. Muszą, w końcu właśnie to sobie obiecała, kiedy usypiała w ramionach Johanna. Nie podda się, będzie walczyć. Zmobilizuje swoje siły i wygra. Bitwa może i była przegrana, jednak nie wojna. Da radę, w końcu po coś została stworzona. Nie mogła być zła. To nie leżało w jej naturze. Uśmiech wykwitł na jej twarzy, powieki wciąż miała przymknięte. Poczuła delikatny pocałunek na swych ustach. Otworzyła niechętnie oczy. Johann, jej narzeczony i przyszły mąż pochylał się nad nią, tuląc ją w swych silnych ramionach. Najwidoczniej przyglądał się jej od jakiegoś czasu.
- Dzień dobry, kochanie.- powiedział, kiedy zorientował się, że dziewczyna już nie śpi. Zmrużyła oczy, chcąc przywołać resztki snu. Nadaremnie. Przygarnął ją do siebie i mocniej przytulił. Czuła bicie jego serca.
- Dzień dobry.- odpowiedziała mu, wciąż się uśmiechając.
Żona. Czy życie nie mogłoby się układać tak, jak tego zapragnie? Po co jej ten cholerny kryształ? Po co to wszystko? Pragnęła mu o wszystkim opowiedzieć, zwierzyć się. Jak nigdy wcześniej wiedziała, że może mu powiedzieć o wszystkim. O smutkach, pragnieniach, o gniewie, który gościł w jej sercu, o rozwiązłym życiu, które musiała prowadzić, aby móc spędzić z nim czas jako prawdziwa Christine. Nie, tego akurat nie mogła powiedzieć. Oczami wyobraźni widziała, jak się denerwuje. O ironio, denerwuje! Czy jej grzech mógłby nad tym zapanować? Zapewne nie. W końcu jest jedną z muz grzechu, wywoływała niepokój i gniew. Nie, to by go zabolało. Wbiłaby mu nóż w serce, zdradziła go.
Otworzyła ponownie oczy. Słońce wlewało się do pomieszczenia przez małe okienka. Sypialnia Johanna spowita była w jego blasku, otulając ich swoim żarem. Jej naga skóra skrzyła się niczym małe diamenciki. Wyciągnęła dłoń i pogłaskała mężczyznę po zarośniętym policzku. Zamruczał cicho, czując jej dotyk. Nie mogła go stracić, to by ją zabiło.
A może właśnie o to chodzi? Może gdyby pochwyciły ją szpony śmierci, wszystko byłoby lepsze? Nie raniłaby mężczyzny, którego kocha, nie musiałaby się przejmować swoją przyszłością. Gdyby umarła, świat stałby się lepszy. Jednego grzechu mniej. Przypomniała sobie radość Johanna, kiedy powiedziała tak. Jego uśmiech i szczery zachwyt. On nigdy nie udawał. Był lepszy od niej, prawdziwszy. Wiedziała, że kiedyś musi nadejść ten dzień. Odejdzie. Nigdy nie będzie za nią tęsknił. On również zrozumie. Wyjaśni mu swój ból, będzie z nim szczera. Dla niego to będzie koniec świata, dla niej też. Ale kiedy przymknie oczy, śniąc o szczęśliwym życiu tam, w niebie, czekając na niego, nic już ją nie zrani.

Wiedziała, że jej ojciec się zdenerwuje. Po prostu to wiedziała. Czuła, jak krew w jej żyłach odzywała się, czekając nieuniknionego. Serce biło jej coraz szybciej, kiedy zbliżała się ta godzina. Umówiła się z Johannem, że przyjdzie dziś wieczorem i poprosi ojca o rękę jego córki. Siedziała więc w swoim pokoju, ściskając ze zdenerwowania ręce i wyczekując. Czy od razu usłyszy krzyk i odmowę? A może jej ojciec zareaguje dopiero później, kiedy jej narzeczony wyjdzie? Tego nie wiedziała. Czuła, jak robi jej się niedobrze. Nie mogła przełykać śliny, ręce jej się pociły a na czole wykwitła mała zmarszczka. Och, proszę, pozwól mi z nim być. Ekscytacja przytłaczała ją, nie mogła w nocy spać. Christine, jesteś taka delikatna mimo, że rządzi tobą kryształ. Masz w sobie niespożyte pokłady uczuć, które tylko czekają, by móc wydostać się z serca. Chciała z nim być, wiedziała już, jak to jest. Żyć razem z nim, dzielić wspólne chwile, zarówno te dobre jak i złe. Och kochanie, pozwól mi ze sobą być, proszę…

- Nie!
Jedno krótkie słowo, a jakże bolesne. Stała, chyląc głowę. Przed sobą miała rozgniewanego, czerwonego ze złości ojca oraz poważnego Johanna. Bała się podnieść oczy, tak bardzo się bała! Jakaś mała cząstka jej, miała nadzieję, że jednak ojciec się zgodzi. Przecież chodziło o jej życie, o jej szczęście. Czy on również nie mógł tego zrozumieć?
- Po moim trupie!- wydarł się starszy mężczyzna, zaciskając pomarszczone dłonie w pięści. Czuł, jak starannie obcięte paznokcie wżynają mu się w skórę. Nie mógł uwierzyć, że właśnie on, śmie przyjść do jego domu i błagać o rękę jego pięknej córki. W głowie się to nie mieściło! Widział Christine z innymi, o wiele lepszymi kawalerami. Dlaczego więc wybrała właśnie jego? Czy był dla niej niedobry? Nie! Pozwalał jej na wszystko. Miała zawsze to, czego chciała. Nie ważne, czy prosiła go o biżuterię przywiezioną z obcych krajów, czy też nowego konia. Miała wszystko. Dosłownie. Dlaczego więc teraz tak się na nim mści? Jego córka doskonale wiedziała, o nienawiści, jaką żywi do tego mężczyzny. Niejednokrotnie ten oto kupiec niszczył jego umowy i podkopywał nowe znajomości. Bezczelni! O czym oni sobie myśleli? Że przyjdzie, poprosi mnie o jej rękę i od razu pozwoli mu mówić do siebie tato? Niedoczekanie!
- Uspokój się Alexandrze i pozwól mi dojść do głosu.- poprosił starszego mężczyznę Johann. Nie tego się spodziewał. Kochał Christine i nie mógł pozwolić, aby coś lub ktoś stawał mu na przeszkodzie ku osiągnięciu pełni szczęścia i poślubieniu jej. Już od dłuższego czasu chciał poprosić ją o rękę, jednak bał się jej reakcji. Przecież mogła z nim być tylko, aby zrobić na złość ojcu. Kobiet nigdy do końca nie zrozumiesz.- Kocham Christine, a ona mnie. Wczoraj zgodziła się zostać moją żoną. Zgodnie z tradycją chciałem jednak zapytać ciebie o zdanie.- powiedział po dłuższej chwili.- Przecież nie chcesz stracić córki, z takiego błahego powodu?
- Błahego?!- powtórzył z krzykiem Alexander.- Ślub z tobą uważasz za coś błahego?
Christine czuła, jak robi jej się coraz gorzej. Bała się odezwać, wiedziała, że jak Johann wyjdzie, ojciec odeśle ją do zakonu, gdzie spędzi resztę swoich dni. O nie, nie mogła do tego dopuścić! Żółć, którą miała w gardle, coraz bardziej jej dokuczała. Czuła ogromne mdłości. Do jej nosa doszedł słaby zapach gotującego się mięsa, które najprawdopodobniej przygotowywały kucharki na obiad. Pokręciła nosem, chcąc wyrzucić z siebie tą obrzydliwą woń. Nieskutecznie. Dłonią przykryła usta i nic nie mówiąc, wybiegła z pokoju.

Z jej pokoju roztaczał się przepiękny widok na morze. Uwielbiała przy nim stać w blasku zachodzącego słońca, które rumieniło jej twarz. Zacisnęła palce na framudze. Wciąż czuła w gardle nieprzyjemne uczucie wymiotów. Nie wiedziała, co się z nią działo. Nigdy jeszcze nie czuła się tak niedobrze. Czy to wszystko przez stres? Możliwe. Czuła niesamowite odrzucenie, kiedy jej ojciec krzyczał na Johanna. Owszem, zdawała sobie sprawę, że się nie zgodzi, że nie będzie tak łatwo. Ale dlaczego aż tak bardzo się upierał? Czy tak ciężko było zrozumieć, że Christine się zakochała? Nie była już najmłodsza, jej czas na zamążpójście dawno minął. Jej koleżanki od dawna miały mężów oraz gromadkę dzieci. Wiodły wspaniałe, godne życie. A ona? Czy jej czas w końcu nadszedł? A jeżeli tak, dlaczego znów ktoś staje jej na przeszkodzie?
Przed jej oczami stanął obraz Sergo. Ten wysoki, szczupły i umięśniony mężczyzna, który chciał dać jej wszystko, czego zapragnie. Niczym Johann, oddał jej swoje serce. Tak jak obecnego narzeczonego, Sergo również kochała. Pamiętała jego półdługie, czarne, zawsze rozwiane włosy, oczy kształtu dwóch migdałów, błyskające ciemnym brązem oraz imponujące, gęste wąsy. Otarła rękawem sukni łzę, która pociekła jej z oka. Mijały już cztery długie lata, od kiedy nie ma go na tym świecie. Pamiętała ich pożegnanie w porcie, czułe uściski i obietnice, że jak tylko wróci, wezmą ślub. Że będzie już tylko i wyłącznie jej. Ta wyprawa miała być jego ostatnią. Jako najemnik walczył w wielu bitwach w zachodnich krainach. Chciał się dla niej zmienić, odstąpić od spędzania życia między podróżami statkiem a dzierżeniem miecza. Miał dosyć zabijania, tak jej mówił. Christine miała stać się jego ostoją, jego pomocą ku spokojnemu życiu. Każdego dnia czekała na jego powrót. Marzyła o tym dniu, kiedy ich usta po raz kolejny się zetkną, a palce znów będą mogły poczuć szorstki zarost na twarzy ukochanego. Złe wiadomości prawie ją zabiły. Pamiętała kolejne samotne tygodnie spędzone właśnie przy tym oknie, wychodzącym na zdradliwy ocean. Łzy płynęły niczym rzeka. Sergo, jej ówczesny ukochany, wspaniały, silny i mężny Sergo zginął między falami. Statek zatonął, zbombardowany przez piratów szukających skarbów.
To właśnie Johann pozwolił jej znów uwierzyć w miłość. W najtrudniejszym momencie był z nią, pozwalając na wspólne milczenie, co z czasem przerodziło się w rozmowy. Wszystko szło łagodnym torem, bez pośpiechu, bez przymusu. Żadne z nich nie wiedziało jak to się skończy. Ich pierwsze rozmowy, tak kulawe, aby mogły się udać. Tak proste i krótkie, tak niedoskonałe. Nigdy przecież tacy nie byli. Ich miłość zrodziła się z innej, jakże wielkiej i wspaniałej. Wiedzieli, że to nie powinno się udać. Christine wciąż pamiętała o Sergo, miała złamane serce, które wciąż bolało. Johann... To był on. Dorosły mężczyzna, nigdy nie pragnący zmienić ani swojego życia ani przyszłości. Wiedział, czego chce i nie był to stały związek. Co się więc stało? Gdzie w tym wszystkim pojawiła się miłość? Dlaczego jej serce znów zabiło mocniej? Czy wystarczyło być cierpliwym? A może nie wolno sobie nic obiecywać? Nie chcieli tego, przyjaźń miała wystarczyć. Krótkie spotkania, które zamieniły się w całonocne schadzki zakochanych. Gdzie ten ból? Zniknął? Zapadł się głęboko, bojąc się wyjść? Nie... Jest, wciąż go czuła, jednak już całkiem inaczej. Był przytłumiony przez nadzieję.